| III P I Ę T R O | ||||
![]() |
Stanisław i Zofia Białko - Przypomnij mi, żeby po świętach jeszcze zanieść buteleczkę moczu do zbadania - mówi do żony pan Stasiu i pakuje sobie do ust kawał ryby. Ale żona nic na to nie mówi, że aż pan Stasiu robi się czerwony na twarzy tak w nim krew buzuje i już ma coś powiedzieć niemiłego, gdy nagle! Dzwonek do drzwi! Pani Zosia podchodzi do drzwi i patrzy przez judasza.
Na klatce śpiew. Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi. Kto to? No kto
to? - dopytuje się z pokoju pan Stasiu. Wigilia, wigilia i po wigilii, raz dwa, zaraz wszystko pomyte i się suszy na ociekarce. Już wszystko wysuszone, poukładane, pochowane na przyszły rok. Jak pan bóg przykazał. Glanc. Po wieczerzy wigilijnej to już w majestacie prawa bożego pan Stasiu mógł spokojnie napocząć halba, a żona nawet nie mrugnęła, post się skończył! Napił się, najadł jeszcze raz, zasycił plackami i wędlinkom, i legł przy stoliku, a kiedy tak leżał objedzony jak bąk i majaczył, posłyszał, że ulokowane na talerzu resztki wędliny mówią do niego ludzkim głosem. Na dodatek wydało mu się, że mówią nie tylko ludzkim głosem, ale i obrażonym tonem. Nie mógł uwierzyć. - to niemożliwe, nie mogę uwierzyć - wystękał w malignie, podniósł się
na łokciu i jak się tak przypatrzył bliżej, to ona, ta wędlina rzeczywiście
mówiła. Bez dwóch zdań! |
|||