|
|
L. Teresa zabrała się do realizowania rad pana szarlatana z wyjątkową skwapliwością. I następnego dnia rozpoczęła odchudzanie poprzez jedzenie coraz więcej. A diabeł ją kusił jak mógł, tego nie jedz, jedz tamto, zamknij lodówkę, zapal telewizor. Różne rzeczy jej podpowiadał, ale ona miała w sercu te kolorowe słowa - jedz więcej i chudnij! Miała dużo siły i wiedziała, że wytrzyma. Postanowiła, że dotąd będzie przestrzegać rygorystycznie diety, chyba że się coś stanie takiego, co będzie usprawiedliwiało pewne odstępstwa. I stało się, ale niekoniecznie po jej myśli. Po dwóch tygodniach wrócił mąż i jak ją zobaczył, to zmartwiał. Teresa nie mogła podnieść się z łóżka, takie miała napompowane paszą kichy. Tadek nie myślał długo, tylko wziął pasa i zabrał się za wypędzanie złych duchów. Jak zaczął wieczorem to skończył dopiero nad ranem, aż z niej wszystkie wyszły, a było tego tak z 45 kilo. Z cztery razy przetykali muszlę! Koło ósmej nad ranem Teresa wolna i spokojna, z radością wśliznęła się w stare, ale nie zniszczone wciąż czerwone ciuszki i udała się do pracy. Bez pracy nie ma kołaczy. Bez pracy nie ma też dmuchanego basenu rodzinnego, kuchenki mikrofalowej, miksera z miską obrotową, sernika na zimno, chusteczek nawilżających, mleczka do czyszczenia, polędwiczki sopockiej z indyka, płatów śledziowych a la bismarck, a o batonach już nawet nie wspominając. No i pewnie, że chciała być gwiazdą firmową, kto by nie chciał? A koleżance w twarz chlusnęła, ponieważ jak się domyślała, to właśnie z jej ust wydobywał się ów nieprzyjemny zapach, który zazwyczaj towarzyszył ich beztroskim rozmowom, a po za tym, akurat nie wiedziała, co powiedzieć, żeby to było w jako takim brzmieniu. Wiecie o co chodzi. |
||||